Translate

niedziela, 18 marca 2012

Kartek ciąg dalszy

Ona:
Dziś przedstawiam pierwszą wielkanocno-świąteczną kartkę. Jak tylko zobaczyłam jajkowe dziurkacze od razu pomyślałam o bardzo kolorowej, pisankowej karteczce.


Na pewno to nie ostatnia, bo Wielkanoc za pasem. Postaram się zamieszczać fotki regularnie, chociaż systematyczność nie jest moją mocną stroną :)

sobota, 17 marca 2012

Kartkujemy

Ona:
Wiosna obfituje u nas w uroczystości rodzinne, dlatego zapotrzebowanie na kartki gwałtownie wzrosło. Dziś udało mi się wytworzyć dwie sztuki. Pierwsza - urodzinowa dla Taty Onego. Tym razem udało mi się bez pomocy mapki. Oczywiście musiałam, po prostu musiałam, ozdobić ją organzowym kwiatem. Całość utrzymana w tonacji niebiesko-granatowej, myślę że odpowiedniej dla mężczyzny.


Drugiej dziś wytworzonej nie udało mi się sfotografować - było już za ciemno, a ja niestety nie jestem specjalistką od fotek. Niektórzy (i to nie On) nawet stwierdzili, że moje zdjęcia zamieszczane tutaj są fatalne :) no ale nie każdy może być zawodowym fotografikiem. Mam za to zdjęcie kartki dla pewnej młodej damy na pierwsze urodziny.

Mam nadzieję, że ta kolorowa karteczka dojdzie na czas i ucieszy małą jubilatkę :)

piątek, 16 marca 2012

Podobamy się (chyba) ;)

Oni:
Craftowy światek dostrzegł nasz blog i wyróżnił (dwukrotnie). Zostaliśmy uhonorowani przez bligu oraz Ami wyróżnieniem
Dziękujemy :)
4 zasady : 
1. Napisać informację o wyróżnieniu na swoim blogu.
2. Dodać link do osoby, która cię nominowała.
3. Wybrać 5 blogów, które mają mniej niż 200 obserwatorów.
4. Zostawić komentarz z informacją o wyróżnieniu na blogu wybranego przez ciebie bloggera.

My wyróżniamy:
1. Miałczyńskiego - za oryginalność i spojrzenie na rzeczywistość z innej perspektywy oraz kocie prawa (pomimo, że mamy 2 psy w tym jednego kotożercę)
2. Izzi - za sutaszyzm w pełnym tego słowa znaczeniu
3. eli - za lekką frywolitkowość bytu (On: czy ja kiedys się tego nauczę??!!)
4. bligu - znamy, lubimy i kolegujemy się, a poza nepotyzmem ;) za to, że podziwiamy i zawsze gapimy się z otwartymi paszczami
5. Tobatkę - za wszechstronność i radość wyzierającą z każdego kącika blogowego



piątek, 9 marca 2012

Święto Dziewczynek

Ona:
On złożył u mnie zamówienie na kartki dla swoich dziewczyn. Jak to zwykle u Onego bywa - za pięć dwunasta, a nawet trochę później. Jako że mam zazwyczaj problem z kompozycją postanowiłam wesprzeć się, jakąś wygrzebaną z archiwum, mapką. Muszę powiedzieć, że nawet sprawnie mi poszło chociaż scrapbooking czy też cardmaking nie jest moją najmocniejszą stroną. Jeszcze zaspana, w stroju nocnym wydałam na świat te poniższe prawie bliźnięta.

50% obdarowanych wyraziło zachwyt, czym uradowało darczyńcę jak i wytwórcę.

czwartek, 8 marca 2012

Retro

Ona:
Paris, Paris, Paris... Jak większość kobiet chciałabym choć raz zobaczyć Paryż. Nie mogąc tam się wybrać stworzyłam jego namiastkę :) Moja wymarzona wycieczka do Paryża początku XX wieku zrealizowała się w wiaderku ;)
Pierwszy raz skomponowałam ze sobą różnego rodzaju papiery i muszę przyznać, że wytwarzanie zabrało mi sporo czasu ale było warto :) efekt mnie zadowolił. Nie mogłam się oprzeć umieszczeniu motywu róż z mojej ulubionej serwetki. Całość jest utrzymana w klimacie retro.




Kartka z z retro pierotami dopełniła całości.

 Ozdobiłam ją swoim pierwszym, własnoręcznie wykonanym kwiatem z organzy wg przepisu, który znalazłam na scrapujących polkach.

czwartek, 23 lutego 2012

robienia jaj ciąg dalszy

Ona:
Zgodnie z zapowiedzią Onego wstawiam fotki jaj. Jajka rustykalne (i nie tylko) Asket podziwiałam już od prawie roku. W tym roku udało mi się zrealizować moje małe marzenie i w minioną niedzielę wybrałam się do stolicy na warsztaty. Muszę powiedzieć, że wyprawa się udała. Było bardzo miło i sympatycznie. Oczywiście, jak to ja, byłam wszystkim bardzo przejęta, nie czułam głodu ani pragnienia ani nawet potrzeb fizjologicznych ;) No ale jak powiedział On - tak to jest, jak wieś pcha się do wielkiego miasta :D Było nas na warsztatach w sumie 7, każda z nas zrobiła po 3 wydmuszki. Moje wydmuszki nie wyszły może tak jak to sobie wyobrażałam, ale jadąc już pociągiem do domu opracowywałam plan lekkiego podrasowania ich. Nie są tak ładne jak wydmuszki Asket czy pozostałych koleżanek ale w sumie jestem z nich zadowolona. No i rzecz najważniejsza: spędziłam fajnie czas i poznałam miłe dziewczyny.



Tak spodobało mi się robienie tych jaj, chociaż jest to zajęcie praco i czasochłonne, że w domu ozdobiłam jeszcze dwa (min. to z czerwoną "czapką"). A najbardziej zaskoczył mnie On - postanowił też zabrać się do roboty :)
Poniżej zamieszczam zdjęcia wydmuszek Onego. Nie wspomnę jakich inwektyw użył pod adresem obrabianego produktu z racji braku wprawy w dekupażowaniu. Cóż mogę powiedzieć... ciekawa kolorystyka, niestety zdjęcia nie oddają charakteru przedmiotów ;)
Powiedział, że się nie podda, tylko jaja kupi sobie swoje własne.

On:
nie przypominam sobie i nie przyznaję się do komentarza o wpychaniu wsi do wielkiego miasta, co do reszty to Ta pani ma rację :)
Sprostowanie: Po konsultacjach z Nią, przyznaję, iż o wsi wspominałem w rozmowie pokursowej.

środa, 22 lutego 2012

robimy sobie jaja

On:
Ona niedzielę spędziła u Asket na kursie "jaja rustykalne". Była to wyprawa marzeń, spora część naszej czasoprzestrzeni została zorganizowana wokół tegoż.
Ona jako pokłosie przywiozła 3 jaja na etapie "przedlakierem" oraz kupę chęci i obłęd w oczach.
Od dwóch dni produkuje jaja, wykańcza kursowe, wymyśla wzory itd. Ja przez indukcję również stworzyłem swoje (nierustykalne - bo na kursie nie byłem).
Jej jaja - jak marzenie, moje na skali podobania się estetycznego wyznaczają punkt zerowy; wiadomo: pierwsze koty - robaczywki. Obfotografujemy, umieścimy i pozostawimy do odgadnięcia: "które - czyje?".
Fotki uczynić i upublicznić zobowiązała się Ona. (Żeby nie było, no nie?)

środa, 15 lutego 2012

nocne szaleństwa :)

On:
Działo się to lata temu (wcale nie w odległej galaktyce). W tym czasie oboje pracowaliśmy w Poznaniu, do którego codziennie zawoziło nas PKP (obecnie tylko Ona ma przyjemność dojeżdżać korzystając z przysług PKP). Z naszymi pracodawcami umówiliśmy się tak, że pracowaliśmy wyłącznie na popołudniowe zmiany. Dzięki temu mieliśmy spory kawał dnia spędzony razem w domu. Dane nam było też posiadać wspaniałe białe auto, takie bez skomplikowanej elektroniki, za to z pojemnym bagażnikiem. Jedną z zalet samochodziku był uszkodzony wskaźnik spożycia paliwa. Nie przeszkadzało nam to za bardzo (mi w szczególności, gdyż i tak nie jeżdżę samochodem jako kierowca) - wystarczyło pamiętać kiedy i ile się wlało benzyny i przekalkulować to przez liczbę przejechanych kilometrów (świetna zabawa).
Pewnego pięknego przedpołudnia wybierałem się do pracy (jeździłem godzinę wcześniej od Niej w tamtą stronę, rozkład jazdy załatwiał nam jednak wspólny powrót) i zapytałem Ją, czy mam wlać kilka litrów paliwa z mojego kanisterka (zapas do kosiarki). Powiedziała, że nie - bo wystarczy aby w drodze powrotnej dojechać na stację paliw. Nie, to nie; wsiadłem na rower i udałem się na dworzec.
Wieczorem spotkaliśmy się na dworcu w Poznaniu, który zapewnia oczekującym następujące atrakcje: włóczenie się po budynku dworca, włóczenie się po peronach, spóźnione pociągi z powodu trudności w opanowaniu zarządzania składami podstawianymi, wjeżdżającymi i wyjeżdżającymi itd. itd. Tego dnia jednak wydarzył się podejrzany cud: nasz pociąg został podstawiony przed czasem (nie po czasie, nie dwie minuty przed odjazdem - ale O CZASIE! a nawet trochę wcześniej) wywołało to niejaką nieufność w piszącym te słowa; korzystając jednak z łaskawości kolejarzy weszliśmy do wagonu. Lepiej siedzieć po całym dniu pracy niż łazić po - i podziwiać dworzec. Siedzieliśmy więc: przez godzinę, jaka została do odjazdu, siedzieliśmy i kolejną - zanim panowie sytuacji w granatowych mundurkach i rogatywkach oświadczyli, że pociąg jest zepsuty i przesadzą nas do innego. Przesadzili i pojechaliśmy.
Kiedy już dojechaliśmy na miejsce, stwierdziłem, że jestem za bardzo zmęczony całym dniem i nie pojadę do domu rowerem, zapakowałem swój wehikuł do pojemnego bagażnika samochodziku (przy okazji nakląłem się okrutnie na rower, bo nie bardzo pragnął się zmieścić). Wsiadłem do auta, Ona włożyła kluczyk, przekręciła, rozrusznik zarzęził... i nic się nie wydarzyło. Dwie, lub trzy kolejne próby nie przyniosły zmian. Nie zacytuję słów, jakie wydobyły się z mojego organizmu (kolejna porcja łaciny). Wysiadłem i postanowiłem pójść po benzynę tak jak stoję. Po kilkudziesięciu metrach ochłonąłem nieco i wróciłem po rower, to znacznie ułatwia, kiedy stacja paliw jest oddalona o około 2 km. Przy wyciąganiu z bagażnika rower znowu usłyszał kilka miłych słów pod swoim adresem. Ona zapytała mnie czy mam pieniądze, odpowiedziałem, że mam kartę. I pojechałem.
Dojechawszy na miejsce wybrałem ładny plastikowy kanisterek, podałem go kasjerce i kartę... Kartę... Nie uwzględniłem tego, że bank żyjący z moich pieniędzy nie zawsze zapewnia mi dostęp do tychże, zwłaszcza między północą a pierwszą w nocy. Pełen wstydu odstawiłem kanisterek na półkę, z kosza na śmieci wygrzebałem butelkę po wodzie mineralnej, czy jakimś innym napitku pozostawioną przez nieznanego mi darczyńcę; wlałem do niej 1,5 litra benzyny i zapłaciłem za nią resztką posiadanej gotówki. Zabrałem moje zakupy i pojechałem do oczekującej mnie Małżonki.
Dojechałem, zapakowałem rower (przy akompaniamencie przekleństw), wlałem benzynę, Ona przekręciła kluczyk w stacyjce... i ponownie nie wydarzyło się nic. 1,5 litra to było za mało... Ona dała mi gotówkę, z przekleństwami wyciągnąłem rower z bagażnika i pojechałem.
Dojechawszy na miejsce wybrałem ładny plastikowy kanisterek, podałem go kasjerce i... gotówkę. (Panie z obsługi uśmiechały się dziwnie na mój widok). Potem zatankowałem 5 (pięć!) litrów i wróciłem rowerowo do Małżonki i auteczka. Teraz nauczony doświadczeniem najpierw wlałem paliwo i dopiero, gdy Ona odpaliła silnik schowałem rower (czy kląłem? pewnie, że tak). Pojechaliśmy do domu. Było grubo po pierwszej w nocy - a Ona miała wstać o czwartej i jechać pierwszym pociągiem do pracy...
Kładliśmy się spać, kiedy nasze psy wszczęły okropny alarm na podwórzu, gdyż... odwiedził je jeżyk. Skoro zaś jeżyka zjeść się nie da, to można go srodze obszczekać (chyba to zrozumiałe?). Aby uciszyć towarzystwo musiałem się ubrać, wziąć łopatę i grabki, zgarnąć na nią jeżyka i wynieść go poza podwórze. I tak się stało. Po zabiegu położyłem się spać. Zaledwie udało mi się przysnąć hałas rozpoczął się ze wzmożoną siłą: jeżyk wrócił.
- To był naprawdę długi dzień.

piątek, 13 stycznia 2012

"Do lata piechotą będę szła..."

Ona:
Turkusowy kolor zawsze kojarzy mi się z latem. Taka też jest najnowsza bransoletka którą udało mi się wykonać w nawale zajęć. I chociaż nie lubię sztucznego złota to wydaje mi się ona urocza i przywołująca na myśl właśnie letnie klimaty.

Zakładam ją na rękę, zamykam oczy i już cieszę się letnim, gorącym wiatrem i kojącym szumem oceanu ;)

On:
Wczoraj w nocy, przy świeczce i latarce (silnie wiało u nas na wsi i nie było prądu) powstawały cudeńka lilowe. Jam był oczywiście operatorem swiatła. ;)
Wyżej demonstrujemy garstkę twórczosci (żeby nie powiedzieć kupkę).

niedziela, 8 stycznia 2012

Zakładka

Popełniłam dziś pierwszą w życiu zakładkę. Obiecałam mojej młodej przyjaciółce kartkę bezokazjonalną ale pomyślałam sobie, że zakładka do książki bardziej jej się spodoba. Bedzie mogła nosić ją zawsze przy sobie, zaznaczając chociażby kolejną lekcję w podręczniku. Robienie takiego upominku sprawiło mi sporą przyjemność więc chociaż to pierwsza zakładka to myślę, że nie ostatnia.